Często słyszę pytanie: czemu mam kupić Polmuza, a nie bębny dużej marki, którą wszyscy znają? Nagrałem o tym film, a tutaj spisuję to samo dla tych, którzy wolą czytać. O tym, czy bęben jest dobry, decydują rzeczy, których na zdjęciu w sklepie nie widać: krawędź, nawierty, śrubki w środku. Po kolei.

Cienka sklejka, czyli nasza margherita

Większość naszych bębnów robimy ze sklejki klonowej: 6 warstw, 4,8 mm. Cieniutka. Na początku, w 2019 roku, zamówiłem mnóstwo różnych sklejek, grubszych i cieńszych, i sprawdzałem, co brzmi lepiej. Wygrała ta. Pukasz w goły korpus i słyszysz jego ton, długi i czysty. Jak kawałek drewna po uderzeniu milczy, to bęben z niego też będzie głuchy i bez sustainu.

Traktuję to jak pizzę margheritę w dobrej restauracji. Karta jest krótka, bo kucharz już wie, co mu wychodzi najlepiej. Ja ten wybór zrobiłem za ciebie. Przy okazji taki bęben jest lżejszy, co docenisz przy każdym noszeniu sprzętu na koncert.

Krawędź 45°

To na krawędzi leży naciąg, więc to ona decyduje, czy bęben da się nastroić. Krzywa albo źle wyprowadzona krawędź oznacza, że naciąg nie przylega i możesz kręcić kluczem do rana.

U nas krawędź ma 45 stopni. Nie wymyśliłem tego, tak robiono wiele bębnów vintage, których brzmienie mi się podobało. Ale sprawdziłem: zrobiliśmy z dziesięć korpusów z różnymi krawędziami i słuchaliśmy. Znowu wygrała ta sama.

Powód jest prosty. Naciąg przy obręczy jest zaoblony, a dalej płaski. Krawędź 45° trafia w tę płaską część membrany. Wiele dużych marek wyprowadza krawędź bardziej na zewnątrz, więc wypada ona na zaobleniu. Trzeba wtedy mocniej dociskać, niski strój ucieka i zaczyna się frustracja. Możesz mieć świetny jakościowo korpus, ale jak go nie nastroisz na scenie, to zabrzmi kiepsko.

Krawędzie frezujemy, polerujemy na gładko i woskujemy. Klientom w pracowni każę ich dotykać. Naciąg się po takiej krawędzi ślizga, więc sam się układa.

Wiertło za 5 zł i wiertło za 200 zł

Druga sprawa to otwory pod lugi. Najczęściej montujemy tube lugi, a to wymagające okucie: musi stać idealnie pionowo i nie może mieć luzu na boki, bo śruba ma wejść prosto w lug i trafić w otwór obręczy. Jak wchodzi krzywo, to trze o obręcz. Wtedy każda śruba stawia inny opór i nie ma szans dokręcić wszystkich z tą samą siłą.

Wielu ludzi próbuje wiercić korpus wiertłem z garażu za 5 zł. Moje kosztują po 200 zł i tę różnicę widać w otworze. Do tego cały rozkład otworów rysuję na komputerze w QCAD-zie jako płaszczyznę rozkroju bębna. Z wykształcenia jestem inżynierem, projektowałem statki i tam dokładnie tak rozrysowuje się sekcje płaskie, żeby było wiadomo, gdzie co przyspawać. U mnie zamiast spawów są punkty pod nawierty, z dokładnością do 0,2 mm. Osobny szablon ma każdy element, maszynka werbla też.

Po co aż tak? Bo korpus nigdy nie jest idealnym kołem. Bywa minimalnym jajkiem, milimetr w tę albo w tamtą, a lugi od różnych producentów też się różnią. Precyzja nawiertów to wszystko wyrównuje.

Jak to wygląda przy strojeniu

Na filmie rozstrajam tom do zera i stroję go od nowa. Zwróć uwagę na dwie rzeczy. Wszystkie śruby odkręcają się z takim samym oporem. A potem dokręcam je dookoła, po kilka obrotów, i szczerze mówiąc mam gdzieś, czy idę na krzyż, czy po kolei. Kręcę za górną, radełkowaną część kluczyka (mam nadzieję, że masz taki), bo palcami da się za każdym razem przyłożyć tę samą siłę. Dopiero kiedy palce nie dają rady, łapię za skrzydełka i poprawiam o 1/8 obrotu albo mniej.

I tyle. Przy każdej śrubie bęben daje podobny dźwięk, chociaż niczego jeszcze nie „stroiłem”. Mogę go teraz podnieść albo opuścić, ale on już gra. Perkusiści, którzy przyjeżdżają do pracowni i porównują Polmuza ze swoimi zestawami, są zwykle zaskoczeni właśnie tym, jak szybko to idzie.

Wosk, olej i śrubki ze stoczni

W środku korpus jest dwa razy woskowany i do tego olejowany. Skąd ten pomysł? Budowałem kiedyś dom z drewna i naczytałem się o zabezpieczaniu. Nikt nie maluje drewnianego domu poliuretanem. Olejuje się i woskuje, bo drewno dalej oddycha, a wilgoć nie wchodzi. Bęben może rok przeleżeć w pokrowcu w wilgotnej salce i nie zapleśnieje.

Zdziwiły mnie też śrubki montażowe u innych producentów. Zwykle są ocynkowane albo malowane na czarno. Te czarne nazywam grobówkami: wystarczy rysa od śrubokręta i w tym miejscu zaczyna się rdza. Po latach otwierasz taki bęben, a w środku rudo i nic nie da się odkręcić. Instrument potrafi kosztować majątek, a trzyma go śrubka za grosz. My dajemy nierdzewne kwasówki polskiej produkcji, takie same jak w przemyśle okrętowym. Na życzenie nierdzewne mogą być też śruby stroikowe.

Każdy skręcony instrument dostaje wlepkę z imieniem i nazwiskiem właściciela. To nie gadżet: pierwszy właściciel ma dożywotnią gwarancję na korpus. Rozklei się sklejka, coś pęknie, bęben przestanie brzmieć – naprawiamy za darmo.

Werble

Werble zmieniły się u nas najbardziej. Po pierwsze maszynka. Po zwolnieniu sprężyna ma odejść od dolnej membrany naprawdę daleko, inaczej przy grze „na bongo” dalej ją słychać. Pewnie znasz to z tańszych werbli: maszynka spuszczona, a sprężyna i tak się odzywa. Typowa maszynka opuszcza sprężynę o 7 mm. Nickel Drumworks, które montujemy, o 14 mm. Problem znika.

Po drugie focus ring, kolejna rzecz podpatrzona w bębnach vintage. Skupia i skraca dźwięk, wycina ten brzydki przydźwięk, którego każdy chce się pozbyć. Można też pójść w drugą stronę i zrobić bardzo gruby korpus, nawet około 1,2 cm, który wytłumi się sam.

Werbel Polmuz z postarzanej miedzi ze złotym osprzętem
Miedź postarzana, złote okucia.

Z metali robimy miedź i aluminium, surowe albo postarzane. Aluminiowy werbel z korpusem 1 mm i bardzo szerokim focus ringiem nazywam naszym dieslem wolnossącym: wyjmujesz z pudełka, gra, niczego nie trzeba tłumić.

Wróciła też bubinga. Przez jakiś czas była niedostępna ze względu na ochronę środowiska, teraz znów da się ją kupić. Jest i orzech, również z focus ringiem.

Zestaw perkusyjny Polmuz z bubingi
Bubinga, tutaj w całym zestawie.

A najdziwniejszy materiał to włókno węglowe z silnika rakietowego. Współpracujemy z gdyńską firmą SpaceForest, która buduje rakiety, i zużyty materiał często trafia do nas. Gęste włókno daje bardzo fajne brzmienie, a wygląda jak wnętrze wyścigowego auta.

Custom, czyli co tylko wymyślisz

Wszystko powyżej prowadzi do jednego: możemy zrobić bęben, jaki sobie wymyślisz. Rozmiary, drewno, wykończenie. Sztandarowe są „maziajki”, jak mówią klienci, czyli farba olejna kładziona pędzlem i zabezpieczona woskiem. Bywa pod nimi lakier w kolorze dobranym spektrometrem do tego, co klient przyniósł. O wersji kosmicznej mówię, że jest tak brzydka, że aż ładna.

Floor tom Polmuz malowany farbą olejną w kosmiczne maziajki
Kosmiczne maziajki: farba olejna pod woskiem.

Są kolory jednolite w oleju i wosku: brąz, czerń, biel, jaki chcesz. Cienka warstwa zamiast grubej farby oznacza, że korpus swobodniej rezonuje. Są korpusy postarzane, czyli moje godziny ze szlifierką oscylacyjną. Jest fade, cieniowanie robione ręcznie olejem i woskiem, bez natrysku. Z tego, co wiem, nikt inny na świecie tak tego nie robi.

Werbel Polmuz z jaworu, fade od niebieskiego do naturalnego robiony olejem
Fade w oleju: od niebieskiego do naturalnego jaworu.

I jest inlay. Frezujemy w korpusie rowek i wklejamy milimetrowy pasek. To nie naklejka, a zrobić to równo na okrągłym bębnie jest bardzo trudno.

Inlay wklejony w korpus bębna Polmuz w satynowym wykończeniu jatoba
Inlay z bliska. Pasek siedzi w wyfrezowanym rowku.

Cena? U dużych marek zestaw custom to 40, 60, a bywa że 80 tysięcy złotych. U nas najprostszy zaczyna się od 7 tysięcy, a najdroższy, najbardziej rozbudowany Polmuz, jakiego zrobiliśmy, kosztował 40 tysięcy. Jak wygląda zamówienie krok po kroku, opisałem tutaj.

Kupując bębny, zajrzyj do środka, nie tylko na okleinę. A najlepiej przyjedź do pracowni w Gdyni i sam pokręć kluczykiem. Albo idź na koncert kogoś, kto gra na Polmuzie, i pogadaj z nim po graniu.